piątek, 13 lipca 2012

One.
Only to see it dying

And power was given unto them over the fourth part of the earth,
to kill with sword,
and with hunger,
and with death,
and with the beasts of the earth.

1 październik, 2011 r.

Gdy Joanna Beth Harvelle otworzyła oczy, wszystko wokół ucichło.
Poczuła się tak, jakby znalazła się sama w pustce, zupełnie jednak innej niż ta, w której przebywała przed chwilą. Słyszała wiatr, szalejący gdzieś w oddali i przesuwający się wolno po jej twarzy. Czuła gorzki smak pyłu na języku i zapach ciężkiego, stęchłego powietrza. Przed oczami widziała jakiś szary, nieruchomy kształt. Nie wydawało jej się, żeby z takich elementów składała się Ziemia, kiedy ją opuszczała.
Gdzie podziały się odgłosy ruchu ulicznego, tak naturalne dla cywilizacji, które przed chwilą słyszała? Gdzie zniknął tupot kroków ludzi, spieszących się do własnych spraw?
Z lekkim trudem przerzuciła ciężar ciała na plecy. Ujrzała niebo, zupełnie odmienne od tego, które żegnało ją w czasie ostatniego dnia życia. Gdzieś przepadły jasne, białawe baranki otoczone bezkresnym błękitem. To, co widziała nad sobą, było tylko szarością. I niczym więcej. Wszechogarniającą szarością, po której od czasu do czasu przeskakiwały wyładowania elektryczne. Zdusiła w sobie nieprzyjemne skojarzenie z Matrixem. Zapewne nie obudziła się jeszcze w całości i nie dotarła na właściwą Ziemię. Musiała znajdować się w jakimś przedsionku. To przecież nie mogła być Ziemia.
Nie pozwalając sobie na niepokój usiadła i wstała niepewnie. To, co ujrzała dookoła sprawiło, że z trudem utrzymała się na nogach.
Znajdowała się na ulicy, która kiedyś mogła stanowić główną arterię miasta, sądząc po okazałości otaczających ją budynków.
Kiedyś. Teraźniejszość wyraźnie była zupełnie inna.
Na drodze walały się przewrócone wraki samochodów. Jedne były w lepszym, inne w gorszym stanie. Wybite okna, dachy przeżywające spotkania z podłogami, wgniecione ramy, pobite światła. Niektóre przypominały sprasowane konserwy. Na wyblakłych karoseriach królował tylko jeden kolor – rdzawy brąz. Jo doskonale wiedziała, na co patrzy. Zbyt wiele razy musiała pozbywać się pokrytych zaschniętą krwią ubrań, by kiedykolwiek nie być w stanie zidentyfikować tego obrazu.
Po szosie wiły się przerwane kable, co jakiś czas błyskające iskrami elektryczności. Z dziur w jezdni wystawały rury przypominające uśpione potwory, wysuwające ostro zakończone pyski, z których wydobywały się obłoki dziwnie zielonej pary. Studzienki kanalizacyjne wylewały na powierzchnię mętną, gęstą wodę. Jeśli to w ogóle była woda.
Między tym wszystkim znajdowały się gruzy okalających szosę budynków i kawałki kostki chodnikowej. Potężne niegdyś gmachy aktualnie stanowiły ruiny. Szkło gęsto pokrywało wejściowe schody, z których w większości nic nie zostało, granity i marmury układały się w chaotyczne stosy. Żaden z budynków nie posiadał choć jednej nienaruszonej ściany.
Wszystko wokoło było szare. Jakby kolory opuściły to przeklęte miejsce wraz z ludźmi.
Tak nie powinna wyglądać Ziemia. Zdecydowanie.
Nie mogła długo łudzić się myślami, że to nie była jej planeta. Od początku wiedziała przecież, na co patrzy. Choć ta świadomość była porażająca i ze wszelkich sił starała się w nią nie uwierzyć, musiała być realistką.
To właśnie była Ziemia. To właśnie była Apokalipsa.
Nie miała pojęcia, ile czasu mogło minąć od jej śmierci. Nie wiedziała, co działo się wtedy na tym padole anielsko - diabelskiej walki. Widok, jaki roztaczał się przed jej oczami, przynosił jednak jedyną właściwą odpowiedź. Misja zabicia Lucyfera zakończyła się porażką. Szatan wcielił swój plan zniszczenia ludzkości w życie, a poświęcenie jej i matki poszło na marne.
Mama... Jo odwróciła się gwałtownie, jakby spodziewała się ujrzeć ją za sobą. Niestety, była sama na tym pozbawionym życia pustkowiu. Poczuła mocne ukłucie w sercu. To ona była winna śmierci matki. Gdyby nie wpadła na swój szaleńczy pomysł Ellen wciąż by żyła. Z drugiej strony, jeśli wszyscy zostaliby w tamtym sklepie, na nikogo nie czekałaby przyszłość. Pozostała dwójka również mogła zginąć. A tak...
Zacisnęła powieki i potrząsnęła głową. Nie będzie teraz o tym myśleć. Nie będzie myśleć o matce, której żaden tajemniczy głos nie powierzył jeszcze bardziej tajemniczej misji, nie przywrócił życia. Nie będzie myśleć o Winchesterach, o których nie wiedziała nawet, czy żyją. Musiała skupić się na tym, co tu i teraz.
Otworzyła oczy i postąpiła jeden krok do przodu. Stanie w miejscu nic by nie dało. Musiała jakimś sposobem rozeznać się w sytuacji. Może w tym mieście, będącym świadkiem Apokalipsy, znajdzie się choć jedna żywa dusza? Wątpiła w to, postanowiła jednak pójść przed siebie. Gdziekolwiek to „przed siebie” miałoby ją zaprowadzić.
Z trudem wynajdywała wolne skrawki jezdni, w których mogła postawić stopę. Starała się zachowywać dystans do wraków – ostre, wystające części metalu tylko czekały na to, by zasmakować krwi nieostrożnego podróżnego, jeśli takowy by się znalazł. Nie było to łatwe zadanie, zważywszy na stopień zagracenia gruntu.
Nagły szelest, który zmącił nieprzeniknioną ciszę, sprawił, że odwróciła się gwałtownie, raniąc sobie łokieć najbliższymi metalicznymi zwłokami.
- Cholera – zaklęła cicho, rozmasowując obolałą rękę. - Jest tam ktoś? - rzuciła w przestrzeń, zastanawiając się, czy aby na pewno było to rozsądne. Nie miała żadnej broni, by użyć jej przeciwko potencjalnym przeciwnikom, a ci mogli kryć się tu w każdym możliwym miejscu. Zbyt dobrze wiedziała z własnego doświadczenia, że puste miasta nader często okazywały się nie być pustymi miastami. Owszem, brakowało w nich ludzi, nie można było tego jednak powiedzieć o wszelkiej maści potworach, demonach, a nawet Jeźdźcach Apokalipsy czy Kosiarzach. Może nie była to idealna chwila na takie myśli, zastanowiła się jednak nad tym, czy wróciwszy z martwych wciąż nie będzie mogła dojrzeć tych ostatnich istot. Będzie musiała przedyskutować tę kwestię z Deanem.
Szybko zbeształa się w myślach. Nie będzie teraz zaprzątać sobie głowy przeszłością, a szczególnie nie Winchesterami, którzy do niej należeli. Teraźniejszość, której jeszcze nie rozumiała, stanowiła priorytet.
Źródłem szelestu były resztki budynku po jej lewej stronie. Jak każda inna ruina tak i ta pozbawiona była większości sufitu, a połowa frontowej ściany stanowiła ziejącą pustką dziurę. Ruszyła wolno i ostrożnie w tamtą stronę. Demon czy nie demon, człowiek czy nie człowiek, musiała to sprawdzić. A nuż znajdzie się tu ktoś potrzebujący pomocy?
Dźwięk nie powtórzył się, gdy dotarła do otwartej paszczy gmachu. Ostrożnie zagłębiła się w ciemność, starając się nie czynić hałasu. Jeśli przeciwnik byłby demonem bądź duchem i tak doskonale zdawałby sobie sprawę z jej obecności, starała się jednak przestawić błyskawicznie na tryb łowcy, który był jej bliskim przez całe życie, a przez ostatnie jego lata jedynym, jaki znała.
Szkielet budynku od razu skręcił w prawo. Wychyliła się za róg, usiłując przedrzeć wzrokiem mrok. Przez potężne dziury w suficie wpadała zaledwie nikła, słaba poświata, która nie rozpraszała ciemności. Szare niebo na górze przepuszczało jedynie marny ułamek promieni słonecznych, wystarczających zaledwie do odróżnienia nocy od dnia. Widziała jedynie podziurawione jak sito ściany. Miała przed sobą długi, wąski korytarz, w tej chwili ponury i mroczny. Nie zarejestrowała żadnego ruchu.
Serce zabiło jej mocniej, gdy szelest powtórzył się w odległości dwóch metrów od niej. Coś przesuwało się po podłożu w jej stronę. Odsunęła się o parę kroków, obawiając się, że jej bijące zbyt głośno serce słychać w całym korytarzu. Była gotowa do walki, nawet jeśli przyszłoby jej zmagać się gołymi rękami z niezidentyfikowanym przeciwnikiem.
Dźwięk dotarł do prześwitu. Ujrzała jedynie skrawek papieru, przyniesiony tu widać przez wiatr, poruszający zastygłe w marazmie powietrze. Raz jeszcze zlustrowała wzrokiem okoliczną ciemność, zanim zdecydowała się podnieść kartkę i rozprostować ją. Jej oczom ukazała się pojedyncza strona z gazety, półmrok uniemożliwił jednak odczytanie szczegółów. Rzuciła ostatnie podejrzliwe spojrzenie w ciemność, po czym wyszła na zewnątrz. Wiatr rzucił jej w twarz piaskiem, całkiem jakby ucieszył się na widok czegoś mniej martwego od nieruchomych wraków i resztek budynków. Widać miał być on jej jedynym towarzyszem. Fakt ten wywołał głęboką zmarszczkę na jej czole. Stanęła tyłem do wiatru i skupiła się na trzymanej w dłoni kartce.
Była podarta, dziurawa i mocno zakurzona, można było jednak odczytać większość informacji. Wyblakły atrament na górze gazety krzyczał czarnymi, gotyckimi literami: „New York Times”. Pod nagłówkiem widniał napis „Nowy Jork, piątek, 14 maja 2010”.
- Dwa tysiące dziesiąty? - Jej głos zabrzmiał dziwnie w otaczającej ją ciszy. Rozejrzała się nerwowo, jakby sprawdzając, czy nikt jej nie słyszał. Wciąż nie mogła oswoić się z myślą, że w tym mikroświecie jest całkiem sama.
Nie wysnuwając jeszcze żadnych wniosków spojrzała na nagłówki artykułów.
Sanepid ostrzega: wypicie wody z kranu wyrokiem śmierci.
Przerwane linie energetyczne odcinają południową część miasta.
Szpitale psychiatryczne pękają w szwach.
I największy, na samym środku: Prezydent zarządza natychmiastową ewakuację.
Rozglądnęła się dokoła. Czy to właśnie miał być Nowy Jork? Czarne, w większości zwęglone ściany budynków nie pozwoliły na wyodrębnienie choćby jednego szczegółu, który mógłby jej odpowiedzieć na to pytanie.
Wiedziała jedno: od czternastego maja musiało upłynąć sporo czasu. Co mogło oznaczać owe „sporo”? Nie miała pojęcia. Założyła jednak, że skoro taka gazeta wciąż znajdowała się w ruinach w stanie umożliwiającym jej odczytanie, mogło minąć parę miesięcy. Znajdowała się więc w 2010 roku.
Dokładnie pamiętała datę swojej śmierci. Dziewiętnasty listopad 2009. Zapewne minął rok. Nie za dużo, nie za mało.
- Mogło być gorzej – powiedziała sama do siebie, składając gazetę i chowając do tylnej kieszeni spodni. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że ma na sobie to samo ubranie, które towarzyszyło jej w chwili śmierci. W stanie nienaruszonym, bez ani jednej plamy krwi. Poczuła się nagle dziwnie nieswojo. Wykonała szybki skan okolicznych budynków, jakby oczekiwała znaleźć tam resztki jakiegoś sklepu. Oczywiście, niczego takiego nie odkryła. - Pięknie – mruknęła, stając na środku drogi.
Chciała upewnić się, że ma do czynienia z Nowym Jorkiem. Nie była idealnie obeznana z tym miastem, większość swojego życia spędziła w Minnesocie, orientowała się jednak mniej więcej w tym, co powinna tu znaleźć, a czego nie. Tylko gdzie była północ, a gdzie południe? Słońce bawiło się w chowanego, księżyc i gwiazdy jeszcze nie wyszły, a zapewne też byłyby ukryte przed światem. W okolicy nie występowały żadne drzewa ani mech, a cienie rzucane przez wraki były tak chaotycznie rozedrgane, że ustalenie kierunku, w którym padały, stanowiło rzecz prawie niemożliwą do wykonania.
Z lekkim westchnieniem ruszyła przed siebie. Lepsze było to niż stanie w miejscu. Nic dobrego nie mogło jej z tego przyjść. Ostrożnie lawirując między przeszkodami na drodze starała się równocześnie obserwować okolicę. Zmysły szybko wyczuliły się na tyle, że była w stanie odróżnić dźwięk własnych kroków od przesuwania drobniejszego gruzu przez wiatr.
Po pewnym czasie wyszła na skrzyżowanie. Jej oczom ukazała się ogromna, pusta przestrzeń. Czarne, drobne kikuty wystające z gleby przypominały pozostałości po korzeniach. Znajdujące się niedaleko dziury w ziemi, wypełnione zieloną, bulgocącą i śmierdzącą cieczą, musiały być kiedyś jeziorami. Na skraju drogi ujrzała przewróconą, pożartą przez rdzę i naznaczoną śladami zębów tabliczkę. Podniosła ją ostrożnie, wycierając skrawkiem rękawa kurz.
Napis „Central Park” zniwelował wszystkie wątpliwości.
- Witaj, Nowy Jorku roku 2010 – mruknęła z przekąsem, porzucając tabliczkę w tym samym miejscu, w którym ją znalazła. - Coś mi się wydaje, że nie będę twoją wielką fanką.
Wiedziała już więc, gdzie była. Pytanie tylko, co dawała jej ta wiedza? I co ma ze sobą zrobić dalej, skoro poznała już swoją lokalizację w czasie i przestrzeni?
Zadanie, jakie ukształtowało się w jej umyśle, wydawało się być proste i nieskomplikowane. Znaleźć najbliższą ludzką siedzibę i dowiedzieć się, co i jak. Tylko gdzie miała szukać tej najbliższej ludzkiej siedziby? Czy takowy cud w ogóle jeszcze istniał na tym opanowanym przez Diabła świecie? Może żaden człowiek nie przeżył wielkiej walki, a ona miała tylko posprzątać bałagan bądź być świadkiem całkowitego unicestwienia Ziemi? A jeśli nawet ktoś się uchował, kto wie, czy nie znajdował się setki, a może nawet tysiące kilometrów stąd?
Mogła spróbować dotrzeć do jedynego punktu, który wiązał się z nikłą szansą spotkania kogoś znajomego. Wątpiła jednak, że byłaby w stanie pokonać pieszo ponad dwa tysiące kilometrów, jakie dzieliły ją od Południowej Dakoty. Nawet jeśli znalazłaby prowiant, zajęłoby to jej miesiące. A nie była pewna, czy tyle miała. Nie chciała też od razu niepokoić starych znajomych. Specjalnie ominęła w myślach dwa nazwiska, personalia jedynych trzech łowców, z którymi kiedykolwiek współpracowała przez dłuższy niż jedno zadanie okres czasu. Jeśli jej misja okaże się być czymś możliwym do zrealizowania w pojedynkę, nie powiadomi ich o tym, że żyje. Bo i po co, skoro stan ten nie miał długo potrwać?
Odnalezienie ludzkiego istnienia wymagało wędrówki, porzuciła więc stanowisko przy Central Parku i wybrała się na wycieczkę po martwym mieście. Wycieczkę pozbawioną jakichkolwiek atrakcji.
Kilka godzin później burczenie w brzuchu uświadomiło jej, że ma pilniejsze potrzeby niż znalezienie żywej, ludzkiej duszy. Odszukanie czegoś do jedzenia. Zapowiadało się to na jeszcze trudniejszą misję.
Jedzenie. Woda. Gdzie znaleźć składniki żywnościowe w apokaliptycznym mieście, które równie dobrze mogło być świadkiem wybuchu nuklearnego? Drzewa nie istniały, jeziora wyglądały na siedlisko zarazy, a coś takiego jak sklepy dawno przestało tu istnieć. Jo nie zasługiwałaby jednak na nazwisko Harvelle, gdyby tak po prostu się poddała. Choćby miała obejść całe ruiny Nowego Jorku, znajdzie jakiś prowiant.
W końcu głos, a raczej jego tajemniczy właściciel, nie wskrzesił jej tylko po to, by umarła w wyniku zagłodzenia. A przynajmniej miała taką nadzieję, bo byłoby to iście kuriozalne. Łowca pokonany przez głód. Ale czyż nie tym właśnie był jeden z Jeźdźców Apokalipsy?
Ruszyła ponownie przed siebie, skupiając się tylko na jednym, aktualnym zadaniu. Wiatr gdzieś zniknął, pozbawiając ją swego ożywczego towarzystwa. Powietrze zatrzymało się w bezruchu; lepkie i ciężkie od pyłu znacząco utrudniało oddychanie. Mimo niewidoczności słońca było dość gorąco, co raczej nie ułatwiało sytuacji. Powinno być już blisko zmierzchu, zaczynało robić się coraz ciemniej, paradoksalnie jednak również cieplej.
Kolejne ulice, które przemierzała, wyglądały tak samo jak ta pierwsza, jeśli nie gorzej. Dziwnym wydał jej się fakt, że wnętrza budynków, które od czasu do czasu zwiedzała, nie były zdemolowane, lecz po prostu puste. Żadnych śladów po meblach, wyposażeniu ani jakiejkolwiek ludzkiej obecności. Całkiem jakby zawsze były puste albo jakby ktoś opróżnił je zanim miasto spojrzało w oczy śmierci.
Ulica. Gruz. Ruiny. Powoli zaczynała przyzwyczajać się do tych widoków, a wraz z przyzwyczajeniem przychodził niepokój. Jej niewielkie pojęcie o Nowym Jorku sprawiało, że nie znała miejsc, gdzie kiedyś można było dostać coś do jedzenia, toteż sprawdzała coraz większą liczbę gmachów, tylko po to, by znaleźć tam jeden wielki pustostan. Przy każdej kolejnej ulicy przeszukiwała budynki z coraz mniejszą nadzieją i choć usiłowała, nie mogła zabić rosnącego niepokoju, powoli przeradzającego się w desperację.
Nie było tu niczego. Niczego poza negatywnymi emocjami, którymi teren ten był wręcz przeładowany. Choć pewnie już dawno jej tu nie było, śmierć zdawała się wisieć w każdym zakątku tego miejsca. Przerażenie ludzi, którzy szmat czasu temu opuścili to miasto bądź w nim umarli wciąż czaiło się w ruinach, chcąc zabrać Jo do swojego królestwa.
Stanęła na środku ulicy, wpatrując się w horyzont. Jak okiem sięgnąć, wszędzie widziała ten sam krajobraz. Nowy Jork umarł. Czy Ziemię w całości spotkał taki sam los? Jeśli jeszcze nie, to z pewnością wszystko ku temu zmierzało. Ziemia umierała.
- Przysłałeś mnie tu tylko po to, żebym obejrzała sobie Apokalipsę? - krzyknęła w kierunku nieba, a jej głos rozszedł się echem wzdłuż szeregu budynków. - W takim razie mogę już wracać, słyszysz?
Nie zdziwiła się, gdy odpowiedziała jej tylko i wyłącznie cisza.
- Spokojnie – powiedziała sama do siebie, usiłując podążyć ścieżką własnej instrukcji. - Tylko spokojnie.
Wdech, wydech, wdech, wydech. Może wystarczy zapomnieć o ssaniu w żołądku i suchości w ustach, a wszystko będzie w porządku? Gdyby tylko był to zwykły głód, miałaby czas. Jakieś trzy dni zanim wyschłaby na wiór. Może zdołałaby opuścić Nowy Jork. Starała się zabić pytanie „po co” zanim jeszcze jej mózg go sformułował. To, co czuła, było jednak czymś w rodzaju obezwładniającego pragnienia, domagającego się natychmiastowego zaspokojenia. Nie była pewna, czy doprowadzi ją ono do równie natychmiastowej śmierci w razie porażki, wiedziała jednak, że nie będzie w stanie o nim zapomnieć i skupić się na czymkolwiek innym. Wszystko w niej żądało nawodnienia i uzupełnienia zapasów energetycznych. Ale czy powinna się dziwić? W końcu, przyglądając się sprawie kalendarzowo, nie jadła ani nie piła od jakiegoś roku.
Poddając się myśleniu wyłącznie o fizycznych potrzebach własnego ciała ruszyła dalej, nie mając pojęcia gdzie i po co. Powoli każda komórka jej ciała ulegała rozchodzącemu się promieniście zmęczeniu. Pojawiło się inne pragnienie: odpoczynku. Od ładnych paru godzin krążyła po mieście – ubranie przykleiło się do spoconego ciała, nogi stały się ciężkie i obolałe. Po kolejnych parudziesięciu minutach odpoczynek wydał się nawet rozsądnym pomysłem. Ciemność ogarnęła ulice, widziała zaledwie niewyraźne kontury większych przedmiotów. Tego tylko brakowało, by skręciła sobie kostkę na mniejszym przedmiocie, którego nie zauważyłaby w mroku. Wiatr powrócił ze zdwojoną siłą, skowycząc w ruinach. Jo zawsze należała do odważnych osób, jednakże samotny pobyt w środku nocy w martwym mieście, które równie dobrze mogło być królestwem istot mroku, przyspieszyło bicie jej serca.
Gdzie jednak miałaby się zatrzymać? Wnętrza budynków były równie dziurawe, jak ich zewnętrza, nie zapewniając większej ochrony przed praktycznie niczym. Raczej nie istniało tu coś takiego, jak bezpieczne miejsce.
W oddali dostrzegła okazały gmach, którego ściany były o dziwo w dość znośnym stanie. Postanawiając tam dotrzeć postawiła jeden krok do przodu. Rozległ się trzask, a następnie głośny rumor, gdy cienki asfalt przy okazałej dziurze w nawierzchni załamał się pod ciężarem jej ciała i runął w dół, pociągając ją ze sobą. Nie była to mała dziura, na którą mogli narzekać drogowcy, kiedy jeszcze Ziemia była Ziemią. Bynajmniej.
Spadała w chmurze pyłu wraz z kawałkami asfaltu w przepastną głębię, która skończyła się po jakichś dziesięciu metrach. Upadek był bolesny; daleko było mu od miękkiego lądowania. Całą jego siłę przejęła prawa noga. Jo wylądowała na prawym boku i jęknęła, czując promieniujący od kończyny ból.
Świetnie. Mówiłaś coś o skręceniu sobie kostki, geniuszu? Pomyślała ironicznie, przekręcając się na plecy i usiłując wyprostować nogę. Z jej ust mimowolnie wyrwał się cichy syk, a z bólu przygryzła sobie dolną wargę aż do krwi. Pięknie.
Po chwili wysiłku udało jej się usiąść, zaciskając mocno zęby. Była dość przyzwyczajona do bólu, bycie łowcą tego wymagało. Widać jednak trochę się od niego odzwyczaiła, kiedy została zmuszona do porzucenia życia.
Spocone kosmyki włosów przykleiły się do jej czoła i policzków, zakrywając oczy. Odgarnęła je nieco drżącym ruchem ręki, rozglądając się dokoła. Znalazła się w czymś, co przypominało podziemny korytarz. Pewnie kiedyś były to kanały, teraz jednak stanowiły po prostu zbiorniki podejrzanie wyglądającej wody, gromadzącej się na dnie. Nad głową Jo ziała dziura, przez którą dostrzegała pozbawione księżyca, czarne niebo.
Cóż. Nie widziała szansy wydostania się stąd w tej właśnie chwili, kiedy jej kostka zaczynała sinieć i puchnąć. Rozejrzała się w poszukiwaniu w miarę suchego miejsca położonego daleko od prześwitu. Podziemia nigdy nie były bezpieczne, jednak fakt, że nic do tej pory jej nie zaatakowało, pozwalał na żywienie nadziei, że nie tylko ludzi brakowało w najnowszej wersji Nowego Jorku. Parę metrów od niej, na granicy widoczności, powierzchnia nie falowała. Podciągnęła się w tamtą stronę, wciąż zaciskając zęby i wbijając paznokcie w ciało, by znieść ból.
Rzeczywiście, w miejscu, do którego dotarła, nie było paskudnej wody. Nie można go było również dostrzec z góry, gdyby oczywiście ktokolwiek się tam pojawił. Przysunęła się bliżej do ściany kanału, pocierając dłońmi ramiona. Tu, w przeciwieństwie do „góry”, było zimno, wręcz lodowato.
Po paru chwilach rozglądania się w ciemności nie mogła dłużej walczyć ze zmęczeniem. Ciężkie powieki opadły, zabierając ją do krainy snu. 


Rozdział number one. Dialogowa pustka potrwa jeszcze trochę, mam nadzieję, że to Was nie przestraszy. 
Nie zmieniłam zdania - to, co wydarzyło się po 5x10 nie miało tu miejsca. Może się pojawić jedynie małe nawiązanie do 5x15.
Nie przewidywałam dodania tego rozdziału tak szybko, ale postanowiłam zrobić sobie samej taki prezent urodzinowy. Tak, tak, od całych dwudziestu czterech godzin i pięćdziesięciu minut panna Ana Graves znajduje się w świecie ludzi dorosłych. Ale nie czuje różnicy. Żadnej. 
Do napisania!